Akademik Łomonosow podbija Arktykę. Część I

W sierpniu 2020 r. Rosjanie entuzjastycznie zainaugurowali podbój Arktyki z wykorzystaniem atomu, który może niestety spowodować dużo bardziej niszczące skutki aniżeli klasyczny militarny atak jądrowy. Ten fakt wiąże się ewidentnie z imperialną polityką Kremla co do terenów arktycznych.

Rosja była, jest i będzie krajem północnym. Trzecia część jej terytorium „znajduje się na północ od 66. równoleżnika”, a więc za kołem polarnym – tak powiedział na tegorocznym forum arktycznym w Syktywkarze Władimir Putin. Prawda jest nieco inna, ponieważ chodzi o 3,1 mln kilometrów kwadratowych – tj. mniej niż jedna piąta terytorium Rosji.
To właśnie tam wedle oceny naukowców znajduje się trzecia część światowych zasobów węglowodorów. – Arktyka to nieodłączna część Federacji Rosyjskiej. Pozostaje pod jej zwierzchnością od wieków i będzie pozostawać we wszystkich czasach, które nadejdą – powiedział prezydent Rosji.
Koncern Rosnieft wspierając czynnie politykę Kremla zaproponował Putinowi 100 mld dolarów w inwestycjach w arktyczny klaster wydobycia tamtejszej ropy i gazu, jeśli rząd zgodzi się przyznać temu projektowi daleko idące ulgi podatkowe, których wysokość ma opiewać na około 40 mld dolarów.
6 marca 2020 roku Władimir Putin podpisał dokument określający strategię dotyczącą Arktyki na kolejne 15 lat. Zawiera ona postulat poprawy sytuacji społeczno-ekonomicznej regionów północnego wybrzeża Rosji oraz promowanie idei północnego handlowego szlaku morskiego. Jedno rzecz jasna ściśle wiąże się z drugim. Strategia ta zawiera również konkretne ulgi podatkowe dla inicjatyw wydobywczych w zakresie ropy i gazu na północnych terenach, zarówno tych na lądzie, jak i na morzu. Do tych celów ma również posłużyć m.in. renowacja atomowych lodołamaczy.
Rosja ma wielkie plany co do terenów arktycznych, które znajdują się w jej zasięgu. Eksploatacja tamtejszych zasobów węglowodorowych, pobudzenie gospodarcze północnych regionów, szlak handlowy, który byłby krótszy niż te używane dzisiaj.

Fot. Rosatom

Klimat pomaga Rosjanom

Do eksploatacji bogatych w złoża obszarów arktycznych zachęca Rosjan również globalne ocieplenie, które postępuje stopniowo od 1880 r., a efektem jego jest wzrost średniej temperatury na naszej planecie o 0,9 stopnia Celsjusza. Do niedawna jeszcze skuta grubą warstwą lodu Arktyka nagrzewa się znacznie szybciej aniżeli inne obszary na naszym globie. Jest tam już o 3,5 stopnia Celsjusza cieplej w porównaniu z temperaturami pochodzącymi z początku XX w. Jeszcze szybciej topnieje lodowa pokrywa Oceanu Arktycznego, która na przestrzeni ostatnich czterdziestu lat zmniejszyła się o około 13 proc. Ocieplenie klimatu doprowadziło do tego, że jeszcze w połowie lat 80. XX w. prawie połowę jego powierzchni tworzył pierwotny, a więc bardzo gruby lód, który stanowił dla lodołamaczy naturalną barierę, której te nie mogły sforsować. Dziś już go praktycznie na tym terenie nie ma. Pozostał w śladowych ilościach, które szacuje się na około jednej piątej północnej pokrywy Ziemi. Dlatego tak szybko postępujące zmiany klimatyczne ułatwiają dostęp do niedostępnych niegdyś bogactw, które ukryte są pod dnem stosunkowo płytkiego Oceanu Arktycznego. Wkrótce jego wody staną się miejscem, gdzie ostatecznie mogą rozstrzygnąć się losy ludzkości. Rosja nieprzypadkowo też inspiruje tu incydenty z udziałem swoich samolotów bojowych.
W podboju przez Rosjan Arktyki odznaczył się również specjalistyczny aparat głębokowodny AS 31 „Łoszarik”, który z Grzbietu Łomonosowa pobrał próbki skał, które miały potwierdzić przed ekspertami ONZ tezę, że biegunowe dno z punktu widzenia geologii jest niczym innym jak przedłużeniem rosyjskiego szelfu kontynentalnego, i wszystko co znajduje się pod nim de facto i de iure należy do Rosji.
Zgodnie z przepisami prawa międzynarodowego Biegun Północny wraz z otaczającymi go akwenami Oceanu Arktycznego nie należą do żadnego państwa. Rosja, Stany Zjednoczone, Kanada, Norwegia i Dania mają jedynie prawo do wyłącznej strefy ekonomicznej, której granice kończą się 370 km od ich brzegów. Na tych akwenach mają one prawo do wyłączności w czerpaniu wszelkiego rodzaju korzyści ekonomicznych.
Rosjanie chcą jednak przesunięcia o 200 kilometrów w stronę Bieguna Północnego granicy swojej strefy ekonomicznej, dzięki czemu zyskają tereny, które będą w niedalekiej przyszłości miały ogromne znaczenie dla światowej gospodarki. Na terenach, do których Rosja zgłasza swoje pretensje znajdują się zasoby około 4,8 mld ton ekwiwalentu ropy naftowej.
Oprócz ropy naftowej i gazu ziemnego pod dnem arktycznych mórz znajdują się równie duże i cenne złoża uranu, boksytów, diamentów, złota, niklu oraz rudy żelaza.
Podbój przez Rosjan Arktyki jest dla nich stawką utrzymania światowego prymatu – pozycji światowego mocarstwa naftowego. Eksploatowane dotąd przez Rosję złoża ropy naftowej są już na wyczerpaniu. Dlatego powrót do roli dawnego lidera umożliwią im tylko wiercenia w Arktyce. 

Fot. Rosatom

Czas na podbój

„Akademik Łomonosow” wyposażony w dwa wodno-ciśnieniowe reaktory jądrowe typu
KLT-40S, wyruszył z portu w Murmańsku w długi (ponad 4700 kilometrów) i niebezpieczny rejs do portu Pewek, by zapewnić „ciepło i prąd” dla odległej Czukotki.
Ta pierwsza rosyjska pływająca elektrownia atomowa spędza sen z powiek naukowców zajmujących się nie tylko energetyką jądrową, ale również budowniczych statków. Alarmują oni opinię światową o grożącym niebezpieczeństwie i nazywają jednostkę „pływającym Czarnobylem”. Pod koniec czerwca ub.r. „Akademik Łomonosow” otrzymał też wszystkie stosowne certyfikaty, które umożliwiają mu podjęcie pracy w roli pływającej siłowni jądrowej.
Eksperci na całym świecie w związku z wdrażanym przez putinowską Rosję projektem biją na alarm, ponieważ pływająca elektrownia realnie zwiększa ryzyko poważnej awarii w trudno dostępnej Arktyce. Znając historię wielu katastrof na rosyjskich okrętach o napędzie nuklearnym, trudno jest ufać, że tym razem nic się nie stanie. „Akademik Łomonosow” jest wyposażony w dwa reaktory opracowane firmę OKBM Afrikantow, w którym reaktorem jest zwykła woda pod ciśnieniem.
W 2018 r. przeznaczoną dla Arktyki pływającą elektrownię atomową wyekspediowano przez Bałtyk z st.Petersburga do Murmańska, o czym poinformowali przedstawiciele koncernu Rosenergoatom. Pierwszy etap podróży polegał na holowaniu jednostki bez paliwa jądrowego do portu w Murmańsku.
Jak donosi brytyjski „Independent” ww. projekt jest mocno krytykowany nie tylko przez grupy obrońców środowiska naturalnego, ale również ekspertów zajmujących się bezpieczeństwem elektrowni jądrowych, którzy ochrzcili go mianem „atomowego Titanica”.

Fot. Rosatom

Powtórka z historii

Po trzydziestu trzech latach od tragedii większość ludzi zapomniała już o problemie promieniowania, chorobach tarczycy, białaczce, skażeniu i innych anomaliach biologicznych, które pojawiały się co jakiś czas na terenach skażonych promieniowaniem –w zasadzie, bo po raz kolejny za sprawą „geniuszu” rosyjskich inżynierów stajemy się ponownie zakładnikami czarnobylskich reaktorów z tą tylko różnicą, że już nie na Ukrainie i Białorusi, ale na Morzu Białym. Niby nic, a jednak po w miarę bezpiecznych trzech dekadach cofamy się z powrotem do punktu wyjścia. Cofamy się, bo dzisiejsza Rosja niczym ZSRR realizując swoją wielkomocarstwową politykę ma za nic światowy postęp technologiczny i opinie ekspertów w dziedzinie bezpieczeństwa energetyki jądrowej. Niezorientowani w temacie mówią, że jak „daleko” to znaczy bezpiecznie i na pewno nic nam nie grozi. Otóż nic bardziej mylnego, ponieważ to po czterech latach od awarii w Czarnobylu, a więc swobodnego rozprzestrzenienia się radioaktywnej chmury zanotowano w Polsce i na Białorusi znacznie zwiększoną częstotliwość występowania raka tarczycy i białaczki, jak podają uczeni z Uniwersytetu w Cambridge.
Czarnobyl nie był wcale taki groźny – takiego stwierdzenia możemy dowiedzieć się z raportu ekspertów zwolenników wykorzystywania energii atomowej. Optymiści za wszelką cenę uspokajają zdezorientowaną opinię światową, że katastrofa w Czarnobylu nie była aż tak poważna, powołując się przy tym na raport przygotowany przy udziale ONZ.
Bilans katastrofy z 26 kwietnia 1986 r. to zaledwie 50 ofiar śmiertelnych i około 4 tys. dalszych potencjalnych ofiar śmiertelnych. Autorzy raportu starają się jednak „dyplomatycznie” przemilczeć fakt, że na skutek awarii reaktora w czarnobylskiej elektrowni bardzo groźne dawki wysokiego promieniowania przyjęło ponad 600 tys. osób. Zupełnie odmiennego zdania w tej sprawie są naukowcy z National Cancer Institute w USA, którzy uważają, że najwięcej przypadków raka tarczycy będzie w okresie około 20 lat po katastrofie, co oznacza, że najgorsze wciąż jeszcze nie minęło mimo upływu lat. Władze Ukrainy oceniają, że ogółem zmarło ponad 4 tys. osób uczestniczących w źle zorganizowanej akcji likwidowania skutków katastrofy, a ponad 70 tys. zostało na zawsze kalekami. Zachodni eksperci są jednak zdania, że na Białorusi, Ukrainie, Rosji, Czechach, Szwecji, Niemczech i w Polsce na skutek awarii reaktora czarnobylskiej elektrowni ucierpiało fizycznie bądź psychicznie od 9 do 15 mln. ludzi.

Fot. Rosatom

Powrót do przeszłości           

Mieszkańcy Europy Środkowej i Północnej uwierzyli, że nic podobnego już nigdy się nie powtórzy. Niestety, nieprzewidywalna putinowska Rosja i tym razem postanowiła swoimi decyzjami zburzyć ten spokój, ponownie zasiewając w umysłach Europejczyków niepokój mieszający się z uzasadnioną trwogą.
Mimo licznych zastrzeżeń zgłaszanych przez rządy Szwecji, Finlandii i Norwegii oraz głośnych protestów organizacji pozarządowych, rosyjskie Ministerstwo Energii Atomowej, Federalna Agencja Energii Atomowej oraz przedsiębiorstwo Rosenergoatom zapowiedziały i wdrożyły do natychmiastowej realizacji pod koniec 2016 r. budowę pływających elektrowni atomowych, przeznaczonych do zasilania w energię elektryczną oddalonych, ubogich w podobną infrastrukturę rejonów północnego wybrzeża Rosji. Projekt Ministerstwa Energii Atomowej i Federalnej Agencji Energii Atomowej Rosji zakłada, że pływające elektrownie atomowe szczelnie okolą całe północne wybrzeże Rosji, która chronicznie cierpi na permanentny brak prądu na tych terenach. Na pierwszy rzut oka pomysł rosyjskich inżynierów-energetyków, uwzględniając ogromny deficyt energetyczny, słabą infrastrukturę, trudności budowlane i ogromne problemy komunikacyjne występujące na dalekiej północy wydaje się świetny, gdyby nie fakt, że turbiny rosyjskich pływających elektrowni mają być w większości kolejnych tego typu jednostek zasilane w parę nie przez KLT-40S a przez 70 MW reaktor atomowy KLT-40C, o podobnej technologii do osławionego reaktora czarnobylskiego RBMK-1000. W reaktorze będzie wykorzystywany wysoko wzbogacony uran o zawartości izotopu 235.

CDN.

Flota Rosatom to obecnie sześć atomowych lodołamaczy i 39 z napędem dieslowo-elektrycznym. Fot. Rosatom
Przemek Miller
Przemek Miller

Analityk wojskowy. Przewiduje, analizuje, obserwuje i celnie ubiega otaczającą nas rzeczywistość natłoku zdarzeń i chaosu medialnego. Bezkompromisowy tropiciel niewygodnych faktów, szczery do „bólu” w analizach i ocenach. Ma szeroką wiedzę z zakresu łączności satelitarnej, systemu GPS NAVSTAR, GLONASS, COSPAS-SARSAT, GMDSS oraz morskich systemów bezpieczeństwa SOLAS. Fotografuje na kliszy. Miłośnik wiślanego Urzecza i zapalony spinningista.

Nie ma jeszcze komentarzy

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Google Play

%d bloggers like this: