Dzień 25 maja 2010 roku, Task Force 49 (JW GROM), Baza Ghazni Afganistan około 2100 m npm.

Kolejna akcja odbicia zakładników zakończyła się niepowodzeniem, jednak tym razem zatrzymaliśmy szczególnie groźnego terrorystę o pseudonimie „Sędzia”. Człowiek ten odpowiadał za śmierć wielu ludzi. Jego sława bezwzględnego zbrodniarza, słynącego z niezwykłego okrucieństwa, obiegła cały Afganistan. Tak więc opisywana w poprzednim epizodzie akcja, mimo niepowodzenia związanego z brakiem zakładników na obiekcie, okazała się wielkim sukcesem TF 49.

Przeczytaj również: EPIZOD 1

Niestety szybkość przenikania informacji do lokalnych bojowników była niewiarygodna, gdyż posiadali oni bardzo dobrze rozbudowaną siatkę informatorów. Działając od wielu lat na znanym sobie terenie, potrafili doskonale zabezpieczyć się wywiadowczo, posługując się wszystkimi dostępnymi sposobami pozyskiwania informacji – od płatnych źródeł osobowych, do zastraszonych i terroryzowanych policjantów oraz żołnierzy a także personelu w bazach sił koalicji.

Zatrzymanie „Sędziego” poruszyło ich struktury i za wszelką cenę dążyli do jego uwolnienia. Jeszcze tej samej nocy baza została ostrzelana przez rakiety oraz moździerze. Na szczęście od pewnego czasu w naszej bazie stacjonowały cztery amerykańskie Little Birdy (AH/MH-6J MELB (Mission-Enhanced Little Bird) –  jednosilnikowe lekkie śmigłowce wielozadaniowe wykorzystywane do eskorty, szybkich ataków i zwiadu).

Te bardzo małe, ale niezwykle nowocześnie wyposażone śmigłowce potrafiły bardzo skutecznie eliminować zagrożenie ze strony bojowników, gdyż posiadały systemy optoelektronicznej obserwacji, naprowadzania ognia oraz wsparcia ogniowego. Ich załogi niezawodnie reagowały na każde zagrożenie ludzi przebywających w bazie. Śmigłowce te dedykowane do wsparcia Sił Specjalnych miały bardzo dobrze wyszkolony personel (160th Special Operations Aviation Regiment „Night Stalkers”), który podejmował szybkie i skuteczne decyzje. Jeszcze tej nocy wystartowały z naszej bazy, aby skutecznie powstrzymać atak bojowników.

W poprzednim odcinku: EPIZOD 2

Jest godz. 9.00 rano, temperatura powietrza przekracza 30 stopni Celsjusza, kurz i pył zmniejsza przejrzystość powietrza. Do naszego centrum dowodzenia przychodzi oficer wywiadu, dowódca Task Force 49 niezwłocznie zwołuje naradę. Część chłopaków w tym czasie ćwiczy na siłowni, biega lub czyści broń przygotowując się do akcji. Pamiętam, że swoją broń, kierując się starym przysłowiem: „jak dbasz, tak masz”, czyściłem niezwykle starannie, aby nigdy nie zawiodła mnie wtedy, kiedy będę jej potrzebował.

Po około pół godzinie dostajemy informację, że wszyscy mamy zjawić się na sali odpraw. Zaczynają się szybko schodzić wszyscy operatorzy, każdy tak jak stoi. Ja wchodzę na salę w krótkich spodenkach, koszulce i klapkach, tak jak czyściłem broń. Inni są częściowo ubrani w mundury lub cywilne ubranie.

W siłach specjalnych przykładamy niezwykłą wagę do wyszkolenia, umiejętności oraz współdziałania w zespole. Musztra oraz regulaminy są nam z zasady obce. Ze względu na niestandardowe zadania, do naszej jednostki poszukujemy ludzi, którzy wpisują się  tzw. myślenie out of the box. W planowaniu misji wykorzystuje się właśnie takie umiejętności, tak aby w czasie akcji przeciwnik był zawsze zaskoczony i zdezorientowany. Wykorzystujemy procedury, ale zawsze pozostaje tzw. element ludzki, który ma niezwykłe znaczenie w powodzeniu akcji.

W trakcie tego nagle zwołanego briefingu obserwuję na twarzy dowódcy niewiarygodne skupienie oraz powagę i choć znam go wiele lat i wiem, że jest człowiekiem niezwykle zrównoważonym i powściągliwym, widzę że nie potrafi powstrzymać emocji. „Jest informacja, że za godzinę nastąpi egzekucja zakładników. Musimy za wszelką cenę udaremnić to, dlatego dowódcy i starsi operatorzy kończą planowanie operacji, aby możliwie jak najszybciej przemieścić się do wioski w której znajduje się compound z zakładnikami”.

Compound jest to zabudowa mieszkalno-gospodarcza, otoczona wysokim murem, który w warunkach afgańskich czasem sięga nawet 5 metrów. Wielokrotnie odczułem jego wysokość, pokonując go przy pomocy drabiny, w nocy na noktowizji, zachowując pełną dyscyplinę światła i dźwięku.

Ale wróćmy do operacji. Tym razem dostajemy  wsparcie w postaci naszych ciężkich śmigłowców bojowych Mi-24 oraz transportowych Mi-17. Temperatura powietrza wzrasta i przekracza już 38 stopni. Nie jest to dobra wiadomość dla nas, ponieważ będziemy musieli lecieć małymi grupami ze względu na udźwig śmigłowców. W tej temperaturze i na tej wysokości ich możliwości transportowe drastycznie spadają. Na pokładzie śmigłowca, którym lecę jest tylko dziesięciu operatorów. Jestem w grupie uderzeniowej. Lecimy w formacji jako trzeci śmigłowiec. Tuż przed lądowaniem nawigator pokazuje nam ręką, w którą stronę mamy biec. Jest to niezwykle ważna informacja, ponieważ łopaty wirnika podnoszą z ziemi takie ilości pyłu, że w pierwszych sekundach po opuszczeniu śmigłowca nic nie widać i tylko wcześniejsza wskazówka od nawigatora pozwala przemieszczać się w odpowiednim kierunku. Dobiegamy do głównej bramy. Następuje wejście na ładunku i szybkie „zalanie” stref odpowiedzialności. W powietrzu mamy grupę ubezpieczającą na Mi-17, która wypatruje przeciwnika dając nam wsparcie.

Dostajemy informację, aby wszystkie siły natychmiast przemieściły się około 1,5 km, na południową część wioski, do samotnego compoudu, położonego na jej skraju. Śmigłowce ze względu na wysokość i temperaturę nie mogą zabrać wszystkich operatorów w jednym rzucie dlatego znów lecimy 10-osobowymi grupami. Moja sekcja dociera na miejsce jako jedna z pierwszych i dostaje zadanie ubezpieczenia zewnętrznego. Oznacza to, że ja z jeszcze jednym operatorem zajmujemy pozycję na prawym rogu ściany compoundu. Pozostałe sekcje lądują i z marszu podchodzą do głównego punktu wejścia. Słyszymy przez radio informację „gotowość, gotowość”. W tym samym czasie wszystkie śmigłowce odlatują na krąg ubezpieczenia, tak aby w każdej chwili mogły nas podebrać lub wesprzeć ogniowo.

Nagle niezwykle silna fala uderzeniowa oraz huk wydobywający się z wnętrza compoundu prawie mnie przewracają. Kurz i pył zmieszane z oparami materiału wybuchowego mocno ograniczają widoczność. Po chwili słyszę przez radio korespondencję: „Co się stało?, Jak wygląda sytuacja? Ilu jest rannych? Czy są zabici?”.

Wiemy z doświadczenia, że w takiej sytuacji należy spodziewać się kolejnego wybuchu lub ataku ogniowego, dlatego dowódca szybko podejmuje decyzję o zajęciu pozycji do walki.

W tym czasie ze środka compoudu wychodzą ranni operatorzy a z nimi uratowany przez nich, towarzyszący nam tłumacz Darek. Polsko brzmiące imię nie jest przypadkowe, ponieważ zawsze nadawaliśmy imiona tłumaczom ze względu na bezpieczeństwo operacyjne oraz łatwość wymowy. Ten niezwykły chłopak pomagał nam podczas ostatnich kilku zmian, jak tylko potrafił. Bardzo zżyliśmy się z nim i traktowaliśmy go jak przyjaciela, na którym można było zawsze polegać. Z niesamowitym wyczuciem potrafił rozpoznać bojowników, nigdy nie narzekał, był niezwykle odporny na trudy naszej pracy. Należy dodać, że bojownicy obchodzili się bardzo okrutnie z tłumaczami w sytuacji porwania. Zwykle za współpracę z wojskami koalicji karani byli ucięciem głowy. Na szczęście Darek w wyniku tego wybuchu został jedynie lekko ranny.

Po tej nagłej eksplozji bardzo szybko odzyskujemy pełną gotowość bojową i przygotowani do walki czekamy na pozycjach. W tym czasie Ground Commander zbiera meldunki od dowódców sekcji o stanie ich ludzi. Wszyscy żyją mamy jednak kilku rannych co osłabia nasz potencjał bojowy. Dowódca wzywa śmigłowce transportowe do podjęcia rannych a w tym czasie moja sekcja, gotowa do walki, wypatruje przeciwnika. Pierwsze śmigłowce lądują i zabierają rannych, którym na pokładzie udzielana jest pierwsza pomoc. Moja sekcja w ostatniej kolejności zostaje podjęta przez śmigłowce i wracamy do bazy. Na tym etapie nie mamy jeszcze pełnej wiedzy na temat tego co się wydarzyło.

Dopiero po wylądowaniu dowódca zbiera wszystkich na sali odpraw i omawiamy sytuację. Okazuje się, że grupa uderzeniowa weszła do bardzo starannie zaminowanego compoundu. Informacja źródła podawała lokalizację zakładników w namiocie na środku tego compoundu. Po dotarciu do namiotu i uchyleniu jego połów okazało się, że nikogo w nim nie ma. Widać było tylko jakieś wystające kable. Wtedy to natychmiast padło hasło do odwrotu. Kiedy operatorzy opuszczali strefę śmierci kolejno wybuchały wszystkie improwizowane ładunki. Piloci którzy zabezpieczali nas z powietrza, byli przekonani, że wylądują tylko pozbierać ciała chłopaków. Jednak kolejny raz procedury, wyszkolenie, niestandardowe myślenie a także „żołnierskie szczęście” uchroniło nas od niewyobrażalnych strat w ludziach. Okazało się, że to my ze ścigających talibskich bojowników, staliśmy się dla nich celem. Trzeba przyznać, że zasadzka była przygotowana bardzo profesjonalnie. Jednak już niebawem role się odwrócą i okaże się, jak skutecznym narzędziem do walki z terrorystami jest Task Force 49.

 

Krzysztof Puwalski
Krzysztof Puwalski

Oficer rezerwy, absolwent Wyższej Szkoły Wojsk Zmechanizowanych we Wrocławiu, Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie oraz Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. 22 lata służby w Siłach Specjalnych. Operator Jednostki Wojskowej GROM. Twórca i były Dowódca pierwszej Grupy Przewodników Psów Bojowych JW GROM, uczestnik misji w Iraku i Afganistanie.

6 komentarzy
  1. Hej Krzysztof, świetnie napisany odcinek.
    Mam pytanie odnośnie Little Birdów. Oczywiście znam je głównie z filmów, gdzie obwieszone operatorami gnają nad ziemią (w „wydaniach specjalnych” pomiędzy budynkami w miastach) i sieją postrach.
    Jak działały w scenariuszach obrony bazy?
    Czy są to specjalne dedykowane modele posiadające wspomniane przez Ciebie oprzyrządowanie do obserwacji i kierowania ogniem? (czyli jak rozumiem, startuję i wznoszę się na wysokość taką aby przestać być głównym celem, z tego pułapu obserwuję pole i przekazuję dane do bazy).
    Zakładam bowiem, że w przypadku obrony, kiedy nie masz za sobą elementu zaskoczenia, raczej nie pchasz się do walki z zestawem niekierowanych rakiet i dwoma operatorami na zewnątrz? tylko raczej wolałbyś użyć czegoś z chociaż minimalnym pancerzem?

    1. Wspomniane śmigłowce w tamtym czasie pełniły funkcję krótkich odpowiedzi uderzeniowych w konkretne cele np bojowników przygotowujących zasadzki na konwoje. Nie pełniły funkcji transportu operatorów jak na wspomnianym filmie. Oczywiście były wyposażone w systemy obserwacji optoelektronicznej oraz wczesnego wykrywania niestety nie mogę więcej napisać o szczegółach ich wyposażenia myślę, że zrozumiesz. Stanowiły coś w rodzaju szybkiej odpowiedzi lub zwiadu lotniczego ponieważ kamera zamontowana na górnym wirniku umożliwiała ukrytą obserwację w zawisie za przeszkodą. Stanowiły dla nas cenne wsparcie w tamtym czasie.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Google Play

%d bloggers like this: